Nie wiem, czy wiesz, ale bardzo długo bałam się wyjśc z szafy. Nie miałam odwagi do tego, aby pokazywać to, co robię. Tak było do ubiegłego roku. Byłam Panią miliona fuch. Rok temu postanowiłam jednak skończyć z tym na dobre i zacząć robić to, co naprawdę grało mi w duszy, skupić się na prowadzeniu zajęć i pokazywaniu tego, jakie jest moje podejście do sprawy.

W branży fitness pracuję już od kilku lat i praktycznie od samego początku zastanawiał mnie dysonans pomiędzy tym jak bardzo trenerzy, kluby i firmy odzieżowe próbują pokazać Ci, że jedyną słuszną wersją Ciebie jesteś Ty z sześciopakiem, wystającymi pośladkami i naramiennym niczym kokos, a z drugiej słyszysz, że masz kochać i akceptować siebie pomimo wszystko. Wtf? że tak się wyrażę. Jak połączyć te dwie rzeczy? Jak mam kochać siebie, skoro nie wyglądam idealnie (wtedy myślałam, że idealne isteniej) ? Jak mam kochać siebie, kiedy moja współlokatora za miesiąc ma zawody sylwetkowe i nie potrafi rozmawiać o niczym innym oprócz analizy swojego jadłospisu przez całe tygodnie (a ja się nawet nie odchudzam)? Nie startuję, ale też w tym wszystkim uczestniczę. Teraz pomyślałam sobie jak bardzo się cieszę, że nie było wtedy Instgrama! Mocno usiadło mi to na psychice, nabawiłam się kompulsów. Kompletnie nie umiałam sobie z tym radzić i srogo karałam za każde przewinienie względem “fit” życia i lepszej, nieosiągalnej wersji mnie. Czy naprawdę powinno tak być? Przecież to wszystko ma służyć mojemu zdrowiu, a jednak czułam się bardzo chora zarówno ficzycnie jak i psychicznie. Znałam też wielu trenerów i instruktorów, którzy pomimo świetnego wyglądu nie byli okazami zdrowia. Ciągłe bóle kręgosłupa, problemy na tle nerwowym i wiele innych. Nie chciałam tak.

 

Poprzez pracę od środka jak i na zewnątrz odkryłam, że można połączyć to wszystko, że istnieje punkt równowagi. Zaczęłam postrzegać ćwiczenia jako wyraz miłości do samej siebie i dbałości o siebie, a nie formę tresury swojego ciała. Przestałam się do czegokolwiek zmuszać, w końcu nie ćwiczyłam dla żadnych wyników sportowych, tylko dla siebie, dla swojego zdrowia. Przestałam obsesyjnie analizować, co ląduje na moim talerzu i karać się za każde odstępstwood normy. Odkryłam, że jest tutaj miejsce na samoakceptację, zdrowe nawyki i deser bez wyrzutów sumienia. Zawarłam pokój z tym wszystkim, co tak bardzo mnie męczyło i przestałam obwiniać się za błędy. Wprowadzałam krok po kroku małe zmiany, ponieważ wiedziałam już, że podejmowanie radykalnych decyzji prowadzi donikąd.  Zaczęłam bazować na swoich odczuciach, robić rzeczy, które sprawiają mi radość. Kiedy nie miałam ochoty przypominałam sobie jakie było moje samopoczucie po wykonaniu ćwiczeń.

Dlatego właśnie stworzyłam Trening na bosaka. Stworzyłam go, ponieważ chcę Ci pokazać jak można osiągnąć równowagę w tym całym fitnessowym rozgardiaszu i nie zwariować. Inspiruję sie między innymi pilatesem, jogą i treningiem funkcjonalnym. Garściami biorę to, co uznam za użyteczne. Nie wiem czy wiesz, że trendem fitness 2017 roku są Ćwiczenia jako medycyna. Marzy mi się, aby mój trening i cała ta inicjatywa była właśnie jak najbardzie zbliżona do tego nurtu. Żeby służyła Tobie i Twojemu zdrowiu. Na moim kanale na youtube znajdziesz propozycje ponad 30 filmów z ćwiczeniami od najbardziej podstawowych. Dodam również, że właśnie kończy się trzeci miesiąc mojego programu online, a uczestniczki dają naprawdę pozytywny feedback, cóż więc mogę powiedzieć – fajnie było wyjść z szafy!

Pozdrawiam słonecznie,

PS. Na dniach będzie można dołączyć do mojego programu online, w którym małymi krokami wprowadzamy zdrowe zmiany, ćwiczymy i uczymy się podchodzić na luzie do tego wszystkiego, co oferuje nam fit świat. W ramach programu otrzymujesz rozpiskę treningową na cały miesiąc, zadania wellnesowe, wsparcie grupy oraz od tego miesiąca zdrowe przepisy!

PS. 2 Znasz kogoś dla kogo ten wpis mógłby być odpowiedzią na nurtujące g pytania? Poślij dalej.