Chciałam dzisiaj się do czegoś przyznać. Otóż nie zawsze potrafiłam zachować równowagę. Miałam skłonności do przesadzania to w jedną, to w drugą stronę. Od leżenia całe dnie na kanapie po chęć zaliczenia wszystkich kultowych zajęć w mieście, no bo przecież tak trzeba! Widzę w gazecie, że trzeba, widzę w internecie, że trzeba, znajome chodzą na zajęcia z pole dance, no to ja przecież też muszę! Wszyscy oznaczają sie na endomondo, no to co mi chyba też by wypadało? To było męczące, bardzo męczące. Nawołujące zewsząd sygnały do tego, że muszę, oczywiście dla mojego zdrowia były w rezultacie druzgocącym doznaniem dla mojej psychiki. Nie za bardzo potrafiłam to sobie uporządkować. Rzucałam się na aktywność, po to aby pojakims czasi znowu zapaść się w otchłań niebytu i słodkiego nicnierobienia. Miałam gigantyczne problemy ze swoim poczuciem wartości, jeśli chodzi o mój wygląd. Nigdy nie byłam dostatecznie dobra.

Tadam, oto jak wyglądałam mniej więcej u szczytu swojej wagi. 12 kilo więcej niż obecnie. Samopoczucie i cera pozostawiały wiele do życzenia. Ale okoliczności ładne -Złoty Pawilon, Kioto, rok 2012

Musisz czy chcesz?

To było i jest dla mnie kluczowe pytanie. Nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie to “muszenie” zrobienie wszystkiego, co jest obietnicą wspaniałego ciała (jak reklamują firmy odzieżowe, producenci suplementów i odżywek oraz wlaścicieleklubów fitness) oraz zdrowia (ta sama grupa co powyżej) było niezwykle przytłaczającym doznaniem. Przyszedł taki moment, w którym byłam już tak sfrustrowana tym całym muszeniem, że stwierdziłam, że już nie chcę. Że mam to wszystko w głębokim poważaniu i chyba należy sobie na dobre to odpuścić i pozostać w swojej “pączkowej” formie. Tak, tak byłam kilkanaście kilogramów cięższa. Nieustannie myślałam o tym, czym faszerowały moją biedną głowę media i starałam się sumiennie ćwiczyć i zachowywać różnego rodzaju restrykcyjne diety, a za każde przewinienie surowo karałam się w myślach albo napadem kompulsywnego jedzenia. To przytłaczające poczucie winy i dezorientacji skutkowało tym, że moje ciało po prostu “puchło”. Moja psychika sprawiała, że ciało generowało problem/sytuację, z którą należało się uporać. Otaczałam się zabezpieczającą mnie przed zagrożeniami tkanką tłuszczową. Mięciutką aczkolwiek nieprzyjemną dla mnie i mojego oka.

 

Rok 2016, wszystko w miarę w normie. No może mam trochę zbyt surowego trenera od wydolności. Mój syn nie zna w tym temacie litości xD

 

Porównywarka

Mówią nie porównuj się, phi! Chyba z natury nie potrafimy się nie porównywać. Do tej pory często mam chwile zawahania i refleksji nad tym czy aby na pewno jestem wystarczająco dobra, żeby wrzucić swoje zdjęcie na instagrama, ale na szczęście jestem też starsza i wiem, że jestem ok taka jaka jestem. Stwierdziłam, że nie będę śledzić fantastycznej formy pani X w mediach społecznościowych, bo tak naprawdę to jest jej forma i świetnie, że taką ma. Nie śledzę profili, które prezentują tylko fizyczność, zdecydowanie bardziej wolę te, które prezentują fajne umiejętności. Te pierwsze były dla mnie totalnie demotywujące i przyłaczające. Bo co – brzuch? Pośladek? Może nie widzisz tego na zdjęciach, ale po ciąży mój brzuch częstno smętnie zwisa sobie w podporach, ale to jest jak najbardziej w porządku, ponieważ nosiłam w nim dziecko i jestem z tego dumna. Częścia tego zjawiska jest to, że social media zabierają nam radośc z bycia we własnym ciele takim, jako ono jest. Jacy my jesteśmy, bo przecież jesteśmy jednością. Nie da się rozdzielić jednego od drugiego. Ciała od mysłu. Dlatego hej, nie oglądaj demotywujących Cię profili, ruszaj się tak jak chcesz i ciesz się z bycia sobą <3

Punkt równowagi

Jest trudny do znalezienie, a według niektórych wręcz nieistniejący. To miejsce, w którym znalazłam wreszcie spokój. Pozwoliłam sobie na robienie tego, co cieszy moje ciało. Najczęściej ćwiczę w domu i uważam to za niezwykle komfortowe. Czasami jest to spontaniczny taniec-przeciąganiec, chwila stretchingu lub coś nieco bardziej intensywnego w zależności od samopoczucia. Nie podążam utartym rytmem. Dzisiaj zarwana noc, wczesne wstawanie i ogrome zmęczenie, gdybym zaplanowała sobie jakiś duży trening na dzisiaj i go nie wykonała wiązałoby się to z poczuciem winy. Wiem, że codziennie mam do wykonania jakąś małą jednostkę i to jest dla mnie dużo bardziej zjadliwe. To samo tyczy się jedzenia. Mam swoje generalne zasady, ale naprawdę NIGDY nie stosuję ich w 100%. Tak jak każdy uwielbiam słodycze i dobre jedzenie. Dlatego na codzień staram się stosować zasadę 80% dobrego jedzienia i 20% takiego nie dokońca dobrego 😉 Mam świadomość tego, że w generalnym rozrachunku dbam o siebie, a odstępstwo od normy nie powoduje druzgocącego poczucia porażki. Jeżeli jestem w knajpie i mam na coś ochotę to sama świadomość tego, że mogę jest niezwykle uwalniająca. Czasami z niej korzystam innym razem nie.

Właśnie takie podejście pomogło mi wrócić do formy, nie tylko po ciąży i utrzymywać regularne treningi oraz zdrową dietę. Nie jestem fitnessowym hardkorem i to jest ok. Wolę spokojniejsze formy, a one nagradzają mnie dobrą formą psychiczną i fizyczną. Znalazłam punkt równowagi i dystans. Tego staram się uczyć dziewczyny w moim programie online. Jeżeli chcesz zobaczyć jak wyglądają nasze treningi, kliknij tutaj i sprawdź. Mam aż 1,5 godziny domowego treningu dla Ciebie 🙂

Czy Tobie też ciężko odnaleźć się w fitnessowym światku? Daj mi znać, jakie są Twoje odczucia, jestem ciekawa!

Fotografie: Katarzyna Wojniak
Miejsce: Stan Skupienia