Chodzenie, czyli sposób na zdrowie

Chodzenie, czyli sposób na zdrowie

Chodzenie i zdrowie to proste połączenie, jednak w dobie coraz to wymyślniejszych ćwiczeń i sprzętów do ich wykonywania na pewno nie pomyślałabyś o tym jak ważnym elementem w całej tej prozdrowotnej układance jest właśnie…chodzenie! Szczerze mówiąc ostatnio odlajkowałam na instagramie jeszcze więcej profili o tematyce pseudo-prozdrowotnej i zostały mi już do obserwacji same profile kulinarne, warzywa i kwiatki 😉 Żartuję, coś tam jeszcze obserwuję. Dzisiaj mam jednak dwa cele. Pierwszy z nich to pokazanie Ci licznych zalet chodzenia, a drugi to zaproszenie Ciebie do akcji #chodzeniemaznaczenie.

O co chodzi z tym chodzeniem?

Chodzenie jest dla nas jednym z najbardziej naturalnych ruchów. Tak, tak to wcale nie pompka i nie brzuszki są tym czego nasze ciało potrzebuje najbardziej. Możnaby powiedzieć, że nasze ciało zostało do chodzenia niemalże zaprojektowane. Kiedyś, jako gatunek musieliśmy na serio sporo się nałazić aby zdobyć pożywienie. Sama widzisz mamy to ‘we krwi’. Umiejętność chodzenia zyskujemy dosyć wcześnie. Dziecko zaczyna chodzić w okolicach swoich pierwszych urodzin i odtąd wykonujemy w ciągu swojego życia ten ruch wielokrotnie. Chciałabym zaznaczyć również, że dziecko NAJPIERW zaczyna chodzić, a dopiero później BIEGAĆ. Jeśli więc masz w planach przebiegnięci 5 km to najpierw te 5 km należałoby przejść.

Chodzenie jako ćwiczenie

Być może nigdy nie postrzegałaś chodzenia w ten sposób, ale to ruch, który angażuje praktycznie całe Twoje ciało! Podczas chodu używamy nawet tricepsa, który aktywizuje się podczas wymachu ramienia do tyłu. Pod warunkiem oczywiście, że masz wolne ręce 😉 Chodzenie to także ćwiczenie terapeutyczne dla naszych kostek, kolan, bioder i miednicy. Aby jednak spełniało ono swoje funkcje nie powinnaś przemieszczać się jedynie po twardych, płaskich i wybetonowanych powierzchniach i raczej powinnaś swoje spacery przenieść na łono natury. Mam dla Ciebie jeszcze jedną dobrą wiadomość, a mianowicie chodzenie również wpływa na bilans kaloryczny, czyli spala kalorie i możesz dzięki niemu schudnąć.

Benefity dla układu nerwowego

Dzięki chodzeniu i obcowaniu z naturą możesz obniżyć poziom stresu. Tak jest! Kortyzol w starciu ze spacerem nie ma szans. Zawsze kiedy czuję się nieco przytłoczona sytuacją uciekam na spacer. Zresztą nie tylko ja! Badania jasno wskazują na tego typu korzyści. Chodzenie pomaga również zachować sprawność mentalną! Spacerując chronisz swój mózg przed zardzewieniem.

Chodzenie dobre dla oczu

Wyobraź sobie, że mieszkasz blisko przyrody, a nie w mieście. Twoje oczy są stworzone do tego, aby wypatrywać pożywienia lub też zbliżającego się niebezpieczeństwa a nie do tego aby bezustannie wpatrywać się w ekran telefonu. Realia są jednak takie, jakie są i oto żyjemy w miastach i nieustannie wpatrujemy się w ekrany. Nasze oczy jednak wciąż działają tak jak niegdyś i nie wcale nie namawiam Cię do tego abyś teraz wszystko zmieniała i przeprowadzała się do chatki na skraju lasu, ale raczej do tego aby zmienić perspektywę, a możesz to zrobić właśnie na spacerze. Mięśnie w okół gałki ocznej tak samo jak wszystkie inne mięśnie w Twoim ciele uczą sie tego, co najczęściej wykonujesz. Wyjście na spacer i uzyskanie szerszej perspektywy może im wyjśc jedynie na dobre.

#chodzeniemaznaczenie

Teraz, kiedy wiesz już jak wiele zalet ma zwykłe, tak naturalne dla nas chodzenie mam nadzieję, że przyłączysz się do akcji #chodzeniemaznaczenie. Przez cały październik naszym celem będzie to, aby codziennie przejść 2 km. To naprawdę nie jest dużo. Wystarczy, że przejdziesz zamiast przejechać kilka przystanków autobusem. Odprowadzisz dziecko do szkoły albo po prostu wybierzesz się na półgodzinny spacerek. Co tydzień będę publikowała na Facebooku i Instagramie post podsumowujący dany tydzień. Mam nadzieję, że przyłączy się do nas trochę osób i zobaczy jak naprawde w prosty i przystępny spsób można zadbać o swoje zdrowie i jakość swojego życia. Mam nadzieję, że podzielisz się tą informacją.

Nie chce Ci się czytać? Zobacz video

Uściski i do zobaczenie gdzieś na miejskim szlaku,

Kasia

 

Jak Paula pozbyła się bólu kręgosłupa

Jak Paula pozbyła się bólu kręgosłupa

Ci, którzy są wystarczająco szaleni, by myśleć, że są w stanie zmienić świat, są tymi, którzy go zmieniają.
Steve Jobbs

Moja misja

Jak wielokrotnie zaznaczałam moją misją jest to, aby jak najwięcej osób poprzez wdrożenie zdrowych nawyków lepiej zadbało o siebie i swoje zdrowie a poprzez to także zdrowie swojej rodziny. Aby jak najwięcej osób poprzez odpowiedni trening lepiej funkcjonowało na codzień i cieszyło się każdym dniem. No bo co z tego, że pójdziesz na trening raz na jakiś czas, albo pójdziesz, a później znowu zrobisz sobie gigantyczną przerwę, bo zakwasy, bo nie mam kiedy, bo tak naprawdę niby ćwiczę regularnie, ale wcale nie czuję się spoko, bo coś mnie nieustannie boli. 

Dlatego właśnie dzisiaj chciałam Ci przedstawić kolejną super pozytywną historię dziewczyny z Wirtualnego Studia – Pauli, która dzięki temu, że zdecydowała się o siebie zadbać jest teraz o wiele sprawniejsza i czuje się o wiele lepiej na codzień. Jeśli lubisz takie historie czytaj dalej.

Historia Pauli

Po 10 latach pracy biurowej  (ok. 10 h dziennie przed komputerem, z jedną nogą pod sobą) zaczęłam pracować fizycznie. Równolegle zaczęły się na poważnie  problemy z kręgosłupem. Pomimo tego, że schudłam ok. 15 kilogramów, mój kręgosłup zdawał się nie odczuwać pozytywnie tej zmiany. Bóle były tak dotkliwe, że uniemożliwiały pionizację i powodowały leżenie na podłodze w każdej wolnej chwili. Co to za życie? Po kolejnym takim epizodzie zaczęłam szukać ratunku. Na Facebooku wyświetliła mi się informacja o programie Kasi 21 dni na macie i postanowiłam, że zaufam jej doświadczeniu i  spróbuję.

8 marca w Dzień Kobiet Zamiast kwiatów mój mąż wykupił mi subskrypcje treningów z Kasią. To był najlepszy prezent dla mojego ciała! Z natury jestem osobą, która nie znosi ćwiczyć i nigdy nie ma czasu na ćwiczenia. Oczywiście powracający swędzący i piekący ból w plecach oraz w nodze szybko przypomniał mi o najgorszym bólu jaki przeżyłam. Zawzięłam się. Pierwszy był trening dla kręgosłupa. Potem trening regeneracyjny. Poczułam się lepiej. Przerabiałam te treningi na zmianę.  Miałam wrażenie, że moje ciało samo mi dziękuję za te 40 minut na macie. Byłam naładowana energią. Ból znacznie się zmniejszył. Czułam się zrelaksowana i wypoczęta mimo 12 h na nogach i 40 minutowego treningu. Od tamtej pory staram się ćwiczyć regularnie.

Zauważyłam zmiany w moim ciele. Pierwsze mięśnie, zmianę w sposobie chodzenia, jestem bardziej wyprostowana. Po 3 miesiącach treningów jestem w stanie wjechać pod górę rowerem (kto próbował, ten wie o czym mówię  nie męcząc jedynie mięśni nóg a wykorzystując także mięśnie brzucha! Kręgosłup czasem się odzywa ale wystarczy sesja z Kasią i ból odchodzi. Nigdy nie myślałam,że 30 minut dziennie zmieni moje ciało, moje myślenie o ciele i spowoduje,że będę tak świadoma tego co robię! Te trening to nie tylko podnoszenie nóg i rozciąganie mięśni. To wiedza , która Kasia przekazuje w każdym treningu. Myślę, że to wyróżnia Kasię i świadczy o jej niezwykłym profesjonalizmie. Każdy ruch jest przez nią wytłumaczony w taki sposób, że doskonale wiesz co masz robić, więc ćwiczysz świadomie i nie szkodzisz swoim plecom, stawom i mięśniom!  A to, moim zdaniem, w ćwiczeniu jest najważniejsze! Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, która kocham w ćwiczeniu z Kasią. Nie mam poczucia,że walczę o życie na macie! Ilość powtórzeń i ćwiczenia są dopasowane do każdego…nawet osoby, która dopiero zaczyna.

Czym jest dla mnie trening z Kasią? Czymś bez czego nie wyobrażam sobie mojego poranka lub wieczora! Nigdy w życiu nie czułam się lepiej. Efekty czuć i widać już po kilku dniach! Ale pamiętaj, że samo się nie zrobi, musisz być regularna.

Paula Staros
Twórczyni eko-środków do czyszczenia domu

Spełnienie

Powiem Wam, że to wspaniałe uczucie móc czytać takie maile i wiadomości od Was. Myślę, że to tak naprawdę w pracy jest najważniejsze – czuć spełnienie i mieć poczucie tego, że życie ma sens, że ja dzięki swojej pracy i dzieleniu się wiedzą pomagam Wam w najistotniejszej sferze życia każdego z nas, jaką jest zdrowie.

Dziękuję po stokroć, że jesteś <3 Kasia

PS. Jeśli to, co osiągnęła Paula jest dla Ciebie inspirujące i też chciałabyś zadbać o swój kręgoslup i stawy koniecznie zajrzyj do Wirtualnego Studia, do 19.09.2018 karnet w niższej cenie!

Pozytywna historia porodowa

Pozytywna historia porodowa

Mam dzisiaj dla Was pozytywną historię porodową. Niestety nie słyszy się ich zbyt wiele, a szkoda! Sądzę, że to ważne i potrzebne. Dodaje wiary w to, że nie musi być strasznie, okropnie i boleśnie. Zamiast stygmatyzacji i opowiadania o tym jaki to poród nie jest przerażający i ile złego i bolesnego się podczas niego wydarza warto na niego spojrzeć również z perspektywy wydarzenia pełnego mocy i siły. Do tego porodu przygotowywałam się solennie przez cały okres trwania ciąży zarówno fizycznie jak i psychicznie. O różnicach i podobieństwach w przygotowaniach  do pierwszego i drugiego porodu piszę TUTAJ a TUTAJ o tym jak przygotowywałam się w finalnym okresie ciąży.

Jedziemy rodzić!

Za pierwszym razem nie miałam położnej ani nikogo, z kim mogłabym się skonsultować ‘czy to już’? Tym razem ciążę prowadziłam u położnej z wieloletnim doświadczeniem, specjalizującej się w porodach domowych, chociaż my na taki poród się nie zdecydowaliśmy. W dniu narodzin Heleny nad ranem obudziły mnie delikatne skurcze. Czułam, że to już, ale wolałam uniknąć sytuacji, w której zbyt wcześnie jedziemy na izbę przyjęć. Wstałam, zjadłam porządne śniadanie i zadzwoniłam do mojej położnej, która powiedziała, żeby odczekać aż skurcze staną się intensywniejsze lub ich częstotliwość wzrośnie. Poradziła mi pójść na spacer i rozluźnić się w wannie z ciepłą wodą. Tak też zrobiłam. Kiedy wszyscy wstali zrobiło się zamieszanie i skurcze nieco osłabły. Miałam wrażenie, że cała akcja znacznie się wydłuży. Zadzwoniłam do położnej, która powiedziała, żebyśmy przyjechali na izbę przyjęć bo w domu prawdopodobnie się nie wyluzuję ze względu na starsze dziecko.

Plan porodu

Nasz plan porodowy zakładał narodziny Heleny w jak najbardziej naturalny sposób, dlatego zdecydowaliśmy się na poród w Domu Narodzin przy Szpitalu Św. Zofii. Z położną spotkałam się na izbie przyjęć, podłączono mnie pod KTG, na którym widoczne były skurcze co 6-7 minut. Po badaniu okazało się, że niestety nie mam zbyt dużego rozwarcia. Tak jak za pierwszym razem moje skurcze były mało efektywne i cała akcja na początku postępowała dosyć wolno. Oczyma wyboraźni widziałam powtórkę z pierwszego porodu, który trwał nieskończenie długo…

Poród w Domu Narodzin

Dom narodzin okazał się fantastycznym miejscem, gdzie mogłam się wyluzować psychicznie i zagłębić w poród. Skurcze powoli się rozkręcały, a położna przy każdym badaniu mnie motywowała i zaznaczała jak mocno wierzy w moje możliwości, czego mi osobiście na tym etapie bardzo brakowało. Moja wiara w to, że dam radę stopniała jak kostka lodu podczas ostatnich upałów. Po trzech godzinach akcji porodowej pękł pęcherz płodowy, skurcze się zintensyfikowały. Skupiałam się na długich wydechach. Z każdym skurczem starałam się koncentrować nie na bólu, ale na rozluźnieniu, co naprawdę nie było łatwe, ale pomagało. Starałam się sobie wizualizować przestrzeń i otwarcie. Tą koncepcję zaczerpnęłam z książek, które czytałam przed porodem, a o których piszę TUTAJ. Niestety moja córeczka nie ustawiła się potylicowo przednio, a potylicowo tylnie, co sprawiało jej trudności ze wstawieniem się w kanał rodny. Położna musiała ją odwrócić.

Wszystko się może zdarzyć

Od początku ciąży miałam pewne wyobrażenia na temat tego jak poród wygląda, ponieważ już raz rodziłam. Przy pierwszym porodzie nie dopuszczałam do siebie myśli, że może być inaczej niż to sobie zaplanowałam. Tym razem było inaczej, tym razem wiedziałam, że poród jest nieprzewidywalny i jakkolwiek przygotowana nie jestem i kto mi nie towarzyszy wszystko może się zdarzyć. Pojechałam na porodówkę pogodzona z faktem, że pomimo moich najszczerszych chęci poród może zakończyć się również cesarskim cięciem. Myślę, że akceptacja jest w tym jak i w każdym innym przypadku bardzo ważna. Chciałam urodzić naturalnie jednak wiedziałam, że nikt nie da mi gwarancji na to, że tak się stanie.

Finał

Druga faza była krótka. Po tym jak położna odwróciła wiercipiętę mieszkającą w moim brzuchu wszystko potrwało 20 minut. Kilka razy zmieniałam pozycję, aby finalnie urodzić w wodzie w kucki. Uwierzyłam, że mogę, że dam radę, poczułam ogromną siłę i przy każdym parciu podczas ‘wyśpiewywania’ małej czułam jak dziecko przesuwa się w dół w kanale rodnym.  Poczułam mięciutką główkę i przy kolejnym parciu mała wyszła na świat. Nie mogłam uwierzyć w to, że dałam radę, że tym razem podołałam temu zadaniu, że dziecko bezpośrednio po porodzie wciąż jeszcze połączone ze mną tętniącą pępowiną ląduje na mojej klatce piersiowej, że uchyla powieki i na mnie spogląda. Niesamowite doświadczenie, magiczne i piękne. Łzy napływają mi do oczu, kiedy wspominam to wydarzenie sprzed nieco ponad tygodnia. Oczywiście, że nie było łatwo, oczywiście, że napracowałam się jak nie wiem co, a następnego dnia czułam ‘zakwasy’ jakich dawno nie miałam. Ale wiecie co? Jestem naprawdę szczęśliwa, że dałam radę i wierzę, że każda z nas, jeśli zechce da radę.

Dlaczego?

Dlaczego dzielę się tą historią? Dlatego, że moim zdaniem mało jest tych pozytywnych historii. Po prostu ich brakuje, a wiem, że są pomocne i potrzebne przed porodem. Ja szukałam ich w książkach. Praktycznie wszystkie kobiety, które znam rodziły w zmedykalizowany sposób. Nie obyło się bez oksytocyny, znieczulenia czy cięcia. Nie chodzi mi o to, że jest w tym coś złego, ale chodzi mi o to, że mało się słyszy się takich historii, w których kobieta wychodzi ze szpitala położniczego i podaje dalej pozytywne informacje na temat porodu.  Chodzi o to, że cały czas mało która z nas wierzy w to, że  poród naturalny jest możliwy. Słyszy się raczej narzekania i komentarze typu ‘szkoda gadać…’. Ja jestem dumna i mam poczucie siły. Wierzę również we wszystkie dziewczyny, które oczekują dziecka i chcą urodzić naturalnie, a nie mają przeciwwskazań medycznych – dacie radę dziewczyny <3

Ściskam,
Kasia

PS. Unikając dalszych pytań cały poród trwał nieco ponad 6 godzin.

Napady kompulsywnego objadania i o tym jak pokonałam demona

Napady kompulsywnego objadania i o tym jak pokonałam demona

Niedawno dostałam maila od Anonimowych Jedzeniocholików. W miły sposób poinformowali o zmianach dotyczących jakiejś tam polityki. W pierwszej chwili za nic na świecie nie mogłam zorientować się o co chodzi. Że co przepraszam? Od kogo ten email? Jednak po upływie pewnego czasu wszystko do mnie dotarło i przypomniałam sobie, w związku z jaką sprawą ten email trafił do mojej skrzynki.

Kiedyś miałam inne życie

Być może ostatnio nie piszę o tym zbyt wiele, ponieważ zajmuje mnie ciąża, macierzyństwo, rozwijanie mojego biznesu i wykańczanie mieszkania. Ale kiedyś miałam inne życie. Nie wiem czy znasz takie uczucie, kiedy patrzysz wstecz i wydaje Ci się, że Twoje życie dzieli się na kilka różnych żyć. Tak właśnie jest w moim przypadku. Ten email, od anonimowych jedzeniocholików trafił do mnie, ponieważ cierpiałam na zaburzenia odżywiania. Cierpiałam na napady kompulsywnego objadania się i desperacko szukałam pomocy, u psychologów, psychoterapeutów, dietetyków oraz w takich jak wspomniana organizacjach. Bardzo się tego wstydziłam. Byłam bardzo nieszczęśliwa ze sobą, byłam paręnaście kilogramów cięża i wcale nie było mi z tym dobrze.

2013 i 2017 rok

Napady kompulsywnego objadania

Ktokolwiek cierpi/ał na jakiekolwiek zaburzenie odżywiania wie jak straszne jest to doświadczenie kiedy kompletnie nie panujesz nad tym co i w jakich ilościach ląduje w Twoim żołądku. Gdyby jeszcze było to jedzenie dobrej jakości, a ja po prostu ważyłabym więcej. Albo gdybym jadła do momentu, w którym czuję, że jestem najedzona i to mi wystarcza, a coś jest nie tak z moim metabolizmem byłoby to zdecydowanie do przyjęcia. Jednak było zupełnie inaczej, to jedzenie rządziło mną. Nie potrafiłam przestać, czasami jadłam na potęgę bułki z masłem lub cokolwiek co wpadło mi pod rękę – całą kiśc bananów, czerstwe drożdżówki, cała pizzę, zupki chińskie. Dosłownie cokolwiek. Jakość i wartości odżywcze nie miały dla mnie znaczenia chociaż wiedziałam, jak bardzo krzywdzę i niszczę siebie.

napady kompulsywnego jedzenia

Z pozoru wszystko było ok

Przy innych jadłam mało i zdrowo tylko po to, aby wieczorem wyzerować lodówkę. Po takim epizodzie nie mogłam patrzeć w lustro. Jeszcze bardziej nienawidziłam siebie, odczuwałam jeszcze większe przygnębienie i beznadzieję sytuacji, w której się znajduję. Szukałam pomocy w różnych miejscach, niestety bezskutecznie. Na zewznątrz wyglądało na to, że jest ok, spotykałam się z ludźmi, chodziłam na imprezy, do pracy, takie normalne życie ot co. Przyjaciółki od czasu w taktowny sposób zwracały mi uwagę na to, że troszkę jakby mi się przytyło, a przecież to ja zawsze byłam ta smukła i wysportowana. Czasami się żaliłam, czasami bagatelizowałam sprawę. Wiedziałam, że chcą pomóc, ja też chciałam sobie pomóc nie chciałam siebie przecież niszczyć!  Odczuwałam wewnętrzną pustkę, którą potrzebowałam czymś wypełnić. Kiedy sobie to teraz przypominam, pamiętam doskonale to poczucie bycia na dnie studni, ciemne kolory i chłód na skórze. Działo się tak ponieważ zawsze byłam badzo wrażliwa, często płakałam, bardzo przejmowałam się opinią innych i w zasadzie nigdy nie czułam się dostatecznie dobra. Wciąż się porównywałam i wydawało mi się, że przy wszystkich wypadam po prostu..słabo.

Początek zmiany

Podczas gdy przechodziłam te ciężkie chwile mieszkałam za granicą, znajomi zmieniali się jak w kalejdoskopie, nie miałam stałego punkt zaczepienia. Miałam średnią pracę, chociaż niektórym wydawało się, że to jest coś ekstra – praca w korporacji w Niemczech. Nienawidziłam siebie, nie miałam pojęcia dokąd ani dlaczego akurat tam zmierzam. Swoje cele wytyczyłam na podstawie tego, co było wartościowe dla innych, nie dla mnie. Przyszedł jednak taki moment, w którym z dnia na dzień rzuciłam i pracę i stwierdziłam, że wracam do domu, poczułam, że rodzina jest dla mnie ważna. To był pierwszy krok, pierwsza rzecz na mojej liście życiowych priorytetów i wartości, których wtedy nie znałam. Poszłam za tym odczuciem. Chociaż decyzja ta była skrajnie nieracjonalna wróciłam do Polski i wyjechałam na kilka tygodni za miasto. Rzuciłam ‘pracę marzeń’ i postanowiłam zaszyć się na mazowieckiej wsi.

Zbiór żółtej cukinii

Jak to się dalej potoczyło

Zaczęłam zastanawiać się czego chcę od życia i czego ono chce ode mnie? Zaczęłam czytać książki o rozwoju, szukać odpowiedzi na pytanie skąd ta pustka, co mam teraz ze sobą zrobić skoro do tej pory kierowałam swoim życiem racjonalnie a wyszło niezbyt fajnie. Postanowiłam wrócić do zawodu instruktora, który przecież tak bardzo lubiłam! Krok po kroku zaczęłam zmieniać nastawienie do samej siebie. Stosować pozytywne myślenie i powtarzać sobie, że jestem ok taka, jaka jestem, że dbam o siebie najlepiej jak potrafię w tym momencie. Przestałam śledzić większość super fit profili. Bardzo starałam się nie karać i nie biczować w myślach czy to wieczorem przy lodówce za żywieniowe i treningowe wpadki. Nie od razu poszło gładko, zmiana nie odbyła się z dnia na dzień. Wkrótce jednak idąc do sklepu miałam na oczach filtr, który blokował wszystkie niezdrowe produkty, których nie powinnam jeść, jeśli nie chcę samej siebie krzywdzić. Zmiany następowały narawdę stopniowo, ale wreszcie stałam się wolna, nie pamiętam po jakim dokładnie czasie przestałam być więźniem jedzenia. Przestało być ono dla mnie synonimem kary czy nagrody.

Z punktu w którym rządził mną strach, stres i brak poczcia własnej wartości stopniowo zaczęłam przesuwać się w stronę miłości do samej siebie, dbania o siebie i budowania poczucia wewnętrznej siły. Małymi krokami, z wpadkami, ale udało mi się.

Na koniec mam dla Ciebie małe ćwiczenie, poświęć na nie chwilę dzisiaj wieczorem i zrób listę 10 pięknych rzeczy, które w sobie masz <3 Przypomnij sobie o nich, kiedy następnym razem będziesz chciała narzekać na siebie. Jesteś dobra taka, jaka jesteś. Pamiętaj o tym.

Ściskam,

Kasia

PS. Jeśli ten wpis był Twoim zdaniem ważny/pomocny/cokolwiek podziel się nim. Dla mnie był ważny i osobisty.
PS. 2 Jestem w trakcie przygotowywania wiosennej akcji dla głowy i ciała. Akcji, w której przez 5 dni będziemy wykonywać małe zadania dotyczące żywienia i pozytywnego nastawienia do siebie. Dołącz do akcji klikając TUTAJ.

Książki, które warto przeczytać w ciąży

Książki, które warto przeczytać w ciąży

Książki, które warto przeczytać w ciąży

Dzisiaj chciałabym się z Tobą podzielić 4 książkami, które moim zdaniem warto przeczytać w ciąży. Nie są to jednak pozycje ‘treningowe’ i nie opisują ćwiczeń, które najlepiej wykonywać w czasie ciąży, bo szczerze mówiąc takiej pozycji do polecenia nawet nie mam! Chociaż publikacji na ten temat na rynku całe mnóstwo. W tym okresie odczuwam zdecydowanie potrzebę skupienia się na innych aspektach. Polecane przeze mnie pozycje rozkładają się na te, które przeczytałam w pierwszej i drugiej ciąży.

Kaz Cooke ‘Ciężarówką przez 9 miesięcy’ 

W pierwszej ciąży, kiedy kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje lektura tego poradnika była dla mnie zdecydowanie pomocna. Napisana zabawnym językiem poprawiała humor i wyciągała z doła. Książka prezentuje tydzień po tygodniu zmiany zachodzące w organizmie kobiety oraz to, co dzieje się z dzieckiem. Jest przepleciona zabawnymi przygodami głównej bohaterki, czyli tytułowej ciężarówki.  Zdecydowanie nie jest to pozycja naukowa, ale nie o taką mi tutaj chodziło 😉

Sylwia Szwed ‘Mundra’

Cykl wywiadów z położnymi. Czytałam ją w pierwszej ciąży i pamiętam, że wywarła na mnie niesamowite wrażenie ze względu na przesłanie i prawdę, którą w sobie niesie. Przeróżne historie porodowe, uświadamiające jak bardzo każdy poród jest od siebie odmienny. Ukazuje również zmiany w polskim położnictwie na przestrzeni kilku dziesięcioleci. Jesśli jesteś zainteresowana tym, dlaczego na polskich poródówkach stosowane są takie akurat metody to ta pozycja jest zdecydowanie dla Ciebie. Książka jest również wartościowa z tego względu, że przypomina nam o naszej naturalnej sile, mądrości i kobiecości.

Robyn Sheldon ‘Mama Bamba’

Niesamowita książka i bardzo mocno polecam ją wszystkim oczekującym dziecka. Właśnie skończyłam ją czytać i czuję się o wiele spokojniejsza niż przed jej lekturą. Autorka dzieli się wartościowymi technikami – oddechowymi i medytacyjnymi. Pomaga zrozumieć i zaakceptować,to, że nie zawsze jest tak, jak sobie to ułożymy w głowie i że czasami są to procesy niezależneod nas. Wydaje mi się to w dzisiejszym świecie rzeczą bardzo trudną. Uświadamia, że każdy poród jest dobry taki, jaki akurat jest.

Ina May Gaskin ‘Poród naturalny’

Kolejna pozycja z serii tych, które w obliczu straszliwych opowieści z porodówki dodaje otuchy i wiary w to, że poród wcale tak strasznym doświadczeniem nie jest. Znajdziesz w niej kilkadziesiąt historii porodowych, które być może sprawią, że Twoje podejście do porodu będzie nieco inne, niekoniecznie naznaczone lękiem, a bardziej akceptacją i obecnością. Książka pokazuje, że nasze ciała są mądre i zdolne do urodzenia dziecka. Dużo w książce jest o połączeniu ciała i umysłu, co do mnie osobiście mocno trafia. Dodaje siły i wiary w to, że poród jest dla nas czymś naturalnym.

Mam nadzieję, że któreś z tych poleceń będzie dla Ciebie pomocne w zależności od tego, czego akurat na tym etapie potrzebujesz. Jeśli ten wpis jest dla Ciebie inspirujący podziel się ze znajomą, która być może znajdzie tutaj coś dla siebie <3

Jeśli natomiast potrzebujesz ćwiczeń, o których wspominałam znajdziesz je TUTAJ – 3 treningi, które nagrałam z myślą o kobietach w ciąży.

Ściskam,

Kasia

PS. Za możliwość wykonania zdjęć dziękuję zaprzyjaźnionej warszawskiej Cafe Plakatówka

 

 

Pomysł na biznes w domu, czyli jak powstawał Trening na bosaka i Wirtualne Studio

Pomysł na biznes w domu, czyli jak powstawał Trening na bosaka i Wirtualne Studio

Wirtualne Studio kończy rok!!! A w zasadzie nieco ponad rok, bo najpierw działało w wersji beta. Rok temu założyłam oficjalnie działalność gospodarczą i ruszyłam na serio z tematem pokonując własne strachy, które jak się okazało były głównie w mojej głowie! Zdecydowałam się realizować swój pomysł na biznes ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. Przez ten rok Studio naprawdę fajnie się rozwinęło. Jeżeli jesteś ciekawa jak ten proces wyglądał ‘od środka’ czytaj dalej.

 

Skąd taki pomysł na biznes ?

 

Potrzeba matką wynalazku. Po urodzeniu dziecka okazało się, że mam sporo mniej czasu zarówno na pracę jak i na trening własny. Któż mógł się tego spodziewać? 😉 Po porodzie wróciłam do pracy szybko. W zasadzie już po połogu zaczęłam prowadzić pierwsze zajęcia. Okazało się, że kolidują one nieco z życiem rodzinnym, odbierają nam wspólne wieczory, a ja po nieprzespanych nocach wcale nie mam tyle enrgii ile bym sobie życzyła… Nie miałam również za bardzo czasu na dbanie o siebie pod kątem ruchu, co było frustrujące. Wbrew obiegowej opinii instuktor prowadząc zajęcia wcale nie ćwiczy dla siebie. Przynajmniej ja tak uważam. Czasami marzyłam o tym, aby ktoś powiedział mi co mam robić. Nie miałam jednak czasu na to, aby pójść na zajęcia do kogoś. I tak mieliśmy mało wspólnych wieczorów, przecież prowadziłam swoje zajęcia…

Kiełkująca idea

Zaczęłam korzystać z subskrypcji online, ponieważ były one wygodniejsze niż szukanie czegoś na chybił-trafił na YouTubie, miały strukturę, wiedziałam, że lubię ćwiczyć z tą konkretną osobą. Powoli zaczęła świtać mi myśl, że przecież też mogłabym zrobić coś podobnego! Postanowiłam, że stworzę miejsce, gdzie będziemy dbać o zdrowie w najbardziej holistyczny sposób, jaki jest za pośrednictwem internetu możliwy, dlatego studio łączy w sobie zarówno treningi jak i przepisy ale także comiesięczne misje, które pozwalają znaleźc wytchnienie w codzienności.

Wymagająca rola

Stając się mamą zrozumiałm, jak bardzo wymagająca jest ta rola i jak mało przestrzeni zostaje często dla nas samych. Uważam, że media społecznościowe tworzące presję w dodatkowej sferze życia, nie są tutaj pomocne, sama nie śledzę praktcznie żadnych fit-profili na Instagramie ani na Facebooku, ponieważ nie uważam, aby mi one służy. Ile sefiaków przed lustrem jesteś w stanie znieść? Ile nowych kreacji treningowych? I ile zdjęć owsianek? 😉 Ale jak miałam to swoje wyimaginowane miejsce stworzyć, skoro totalnie nie znam się na internetach?

Pomysł na biznes - klawiatura i słuchawki

 

 

Mama stawia pierwsze kroki

 

Skoro sie nie znam to…oznaczało, że musiałam się poznać, ponieważ myśl o stworzeniu własnego rozwiązania online nie chciała mnie opuścić. Kiedy Rysio poszedł do żłobka okazało się, że często przynosi ze sobą różne atrakcyjne choroby, a ja często musiałam odwoływać treningi i brać zastępstwa, żeby móc się nim opiekować (jakoś nie byłam przekonana do instytucji niani, a partner niestety nie mógł co chwila brać wolnego).

Motywacja

Moja motywacja jeszcze bardziej się wzmocniła. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w polskim internecie jest mnóstwo dziewczyn, które tworzą kursy online i inne cuda, a skoro one potrafiły to oznaczało, że ja też mogę się nauczyć! Najpierw zbudowałam swoją pierwszą stronę www, brzydką jak noc, a po roku, na początku 2016 roku już ładniejszą stronę, z której byłam względnie zadwolona. Była to pierwsza wersja www.treningnabosaka.pl Zaczęłam również prowadzić bloga, bardzo nieśmiało, nie miałam wtedy ładnych zdjęć, nie miałam również pojęcia czy ktokolwiek zechce czytać, to, co napiszę.

 

Nie miałam dokładnego planu, ale wiedziałam, gdzie chcę dojść

 

Na tamtym etapie, czyli na początku 2016 roku nie miałam dokładnego planu jak zbudować moje rozwiązanie online. Nie do końca również znałam jego kształt, wiedziałam jedynie, że chcę coś takiego zrobić. Planu nie miałam bo po prostu nikt mi nie powiedział jakie są kolejne etapy działania. Podglądałam, co robią inni i szłam intuicyjnie do przodu. Po jakimś czasie stwierdziłam, że chyba przydałoby się kręcić jakieś filmiki, wcześniej współpracowałam z firmą, dla której nagrałam kilka filmików z treningami i wiedziałam, że czuję się w tym całkiem nieźle. Nie miałam ani sprzętu ani wiedzy technicznej jak takie firmy obrabiać. Zdążyłam zrobić cztery samodzielnie, po czym poznałam Kasię Wojniak, bez której ten projekt na pewno nie wyglądałby tak ładnie. Kasia jest odpowiedzialna za filmy, zdjęcia, banery i robi to naprawdę świetnie! Jestem bardzo wdzięczna losowi, że przysłał Kasię na moje zajęcia grupowe 🙂

Pierwsze kroki

We wrześniu 2016 zrezlizowałam pierszą akcję, jaką był Miesiąc Treningów na bosaka, znajdziesz ją na moim kanale na YouTubie. W akcji udział wzięło 600 osób, co było dla mnie ogromnym sukcesem! Po akcji ruszyła wesja beta studia, chociaż nie była to forma, którą chciałam osiągnąć to był to jakiś początek. Na maile z regularnymi treningami zapisało się kilkadziesiąt osób i część z nich nadal jest w Wirtualnym Studio (dziękuję za zaufanie dziewczyny <3). Chociaż ta działalność nie pokrywała jeszcze kosztów wytworzenia materiałów i kosztów narzędzi, z których korzystałam to i tak uznałam to za dobry znak i coś wewnętrznie kazało mi iść w tą stronę.

Pomysł na biznes - założycielka

 

Rok Wirtualnego Studia i co się działo za kulisami

 

Mozolnie krok za krokiem posuwałam się do przodu, co nie było łatwe. Często wstawałam o 5 rano, żeby uczyć się jak coś zrobić na stronie, jak zbudować rozwiązanie, o które mi chodzi bo wizja była coraz bardziej klarowna i już wiedziałam, że chcę posiadać własną platformę. Byłaboby to dosyć kosztowne rozwiązanie gdybym zleciła jej budowę informatykowi więc…postanowiłam ją zbudować sama. Za moimi plecami Rysiek roznosił mieszkanie na strzępy, wysypywał mąkę na kuchenną podłogę, pakował rolki papieru toaletowego do muszli klozetowej, rozsypywał wszystkie dostępne w polu widzenia klocki, naklejał plastelinę na ścianę.

Wciąż nieidealnie ale samodzielnie

Wciąż szukałam rozwiązań, o które mi chodziło, ponieważ tak na dobrą sprawę nie za bardzo miałam kogo zapytać. Finalnie we wrześniu 2017 roku mogłam zaproponować klientkom rozwiązanie, z którego byłam zadowolona. Wciąż nie było idealnie, ale czułam, że jestem już o krok od czegoś naprawdę fajnego i funkcjonalnego. Jak się okazało byłam na początku drugiej ciąży, czułam się wiadomo jak to w pierwszym trymestrze, ale nadal dopracowywałam rozwiązanie, obsługiwałam ręcznie część zamówień, tak aby zapewnić dziewczynom w Studio jak najlepszą jakość.

 

Społeczność

 

Dziewczyny dołączające do Studia są absolutnie niesamowite, wyrozumiałe i po prostu współtworzą Studio. Niektóre z nich są w Studio od samego początku <3 To niesamowite i jestem za Was wszystkie bardzo, bardzo wdzięczna. Dzięki Wam mogę rozwijać tą ideę. Moim celem jest to, aby prezentować jak najbardziej holistyczne podejście do tematu i nie tworzyć zbędnego ciśnienia, którego mamy aż nadto: opieka nad dziećmi, prowadzenie domu i praca są same w sobie sporym wyzwaniem.

Plany

Mam mnóstwo dalszych planów, które mogą zostać zweryfikowane przez pojawienie się drugiego dziecka, zakładam taką możliwość. Oczywiście, że chciałabym, aby było szybciej, sprawniej czy coś tam. Wiem jednak, że gdybym tak cisnęła na maksa to daleko bym nie zajechała. Może bym zajechała, ale pewnie kosztem rodziny i swojego własnego zdrowia. Udało mi się doprowadzić Wirtualne Studio do miejsca, w którym jest ono względnie zautomatyzowane, a dziewczyny dostaną materiały bez względu na to czy Rysiek ma ospę tak jak ostatnio czy też nie. Wciąż jest wiele rzeczy, które chciałabym ulepszyć, a po cichu marzę o…zbudowaniu aplikacji! Ale o tym pomyślę za jakiś czas. Teraz czekam na dzidziusia, staram się dopracowywać to, co jest, prowadzę ostatnie treningi.

Podsumowanie

Podsumowując dwa lata temu kompletnie nie miałam pojęcia dokąd zmierzam. Moje umiejętności techniczne były zerowe, warto jednak mieć wizję i krok po kroku ją realizować, do czego zachęcam Was wszystkich. Być może na początku to, co chcesz zrobić jest mało klarowne ale napewno jest możliwe!

Jeśli ten wpis był dla Ciebie w jakiś sposób inspirujący podziel się ze mną swoimi odczuciami w komentarzu. Podeślij komuś, kto być może się zainspiruje.

Ściskam,

Kasia